Hotel Transylwania

Kolorowy, zabawny i pełen akcji zwiastun „Hotelu Transylwania” zapowiada filmową rozrywkę dla rodziców i dzieci, idealną na listopadowy wieczór. Jednak jego pełna wersja nie do końca spełnia te oczekiwania. Choć wciąż jest kolorowo i dynamicznie, to z żartów śmieją się głównie mali widzowie, a dorośli uśmiechają się od czasu do czasu, dokładnie wiedząc jak skończy się film i jaki ma przekazać morał. Nie jest to błąd, bo „Hotel Transylwania” przecież kierowany jest do dzieci, ale doświadczenie pokazuje, że najlepsze filmy animowane to te, które wzruszają zarówno rodziców, jak i ich pociechy. 

Przesłanie jest jasne jak słońce, którego unikają główni bohaterowie animacji – urocza rodzina wampirów. Jej skromny skład tworzą kochający ojciec Dracula i śliczna córka Mavis, świętująca 118 urodziny. Bohaterka całe życie spędziła w wielkim zamczysku, tytułowym hotelu, ale teraz chce się wyrwać i zobaczyć świat, pełen ludzi i przygód. Napawa to przerażeniem jej ojca, który nauczony doświadczeniem, postrzega każdego człowieka jako zagrożenie. Hotel Transylwania to azyl dla potworów i ma je chronić przed wszędobylskimi ludźmi. Założenie to staje jednak pod znakiem zapytania, gdy do zamku przybywa Jonathan, homo sapiens z krwi i kości. Dracula postanawia zrobić wszystko, żeby uchronić przed nim swoją córkę i gości, nie biorąc nawet pod uwagę uczuć i opinii innych niż jego własne. Jak można się domyślić, zaaferowany ojciec będzie musiał się nauczyć, że nadchodzi moment w życiu dziecka, w którym powinno samo o sobie zadecydować, nawet jeśli narazi się na niebezpieczeństwo. Świat jest pełen cudownych rzeczy, ale nie można ich zobaczyć bez wychodzenia z domu. Niezależność i opuszczanie rodzinnego gniazda to sprawdzone tematy, które w „Hotelu Transylwania” zaprezentowane są klarownie, lecz bez większej finezji. 

Choć sama rodzina wampirów jest ilościowo skromna, to film pełen jest innych potworów. Ważnych postaci jest na tyle dużo, że wprowadzają lekki chaos w prowadzeniu fabuły. Wszystkich trzeba przedstawić, każdy musi coś powiedzieć, być tematem dowcipu i w jakiś sposób wykazać się w finale. Dodając do tego wybryki Jonathana udającego kuzyna Frankensteina momentami dzieje się w filmie po prostu za dużo. Żarty opierają się na ekspresywnej mimice, przesadzonych pozach oraz kuriozach, do jakich dochodzi w hotelu potworów. Szkielet pod prysznicem i para pcheł spędzająca miesiąc miodowy to tylko początek listy. Twórcy wykazali się fantazją, choć nie da się ukryć, że większość dowcipów śmieszy tylko dzieci. Razem z prostotą intrygi i aż nadto jasnym przesłaniem, humor filmu czyni „Hotel Transylwania” pozycją z niewieloma walorami dla starszego widza. 

Istnieje jednak aspekt filmu, który powinien zadowolić wszystkich – animacja. W tym departamencie widać duży wkład reżysera, znanego wszystkim Genndy’ego Tartakovsky’ego, twórcy m.in. „Samuraja Jacka” i „Laboratorium Dextera”. Sposób poruszania się postaci jest specjalnie przesadzony, komiczny i kreskówkowy. Nie udaje realizmu, stawia na fantazję i szaleństwo, co szczególnie widać podczas scen tańca i śpiewu (a raczej rapu). Podczas konferencji na tegorocznym Comic Conie, Tartakovsky wyznał, że osiągnięcie takiego efektu wymagało wiele pracy i przełamania ram nałożonych przez oprogramowanie. Wykrzywione twarze i żywa gestykulacja świadczą, że wysiłek się opłacił. Świetnie prezentują się też dynamiczne sekwencje, takie jak latanie i bieg po hotelu. Projekty postaci ustępują fantazją samej animacji, ale również cieszą oko, a na pewno spodobają się dzieciom, które nie przestraszą się żadnego z potworów. Starszą widownie zastanawiać może za to Jonathan, którego potargane włosy, na wpółotwarte oczy i beztroski uśmiech sugerują, jakby był cały czas pod wpływem THC.  

Dodaj komentarz »

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *